Stara umiejętność w nowej technologii

­ ok. 6 min czytania ­ Artykuł ­ Piotr Kuczyński

Wyobraź sobie taką sytuację - jest ważny temat, zebraliśmy grono mądrych i zaangażowanych ludzi na spotkaniu. Warsztat? Brainstorming? Nie marnujmy czasu – przecież wystarczy krótkie spotkanie. Po dwudziestu minutach jest konsensus. Wszyscy się zgadzają. Tylko… nic się nie zmieni…

Ilustracja do artykułu Stara umiejętność w nowej technologii

Zgoda w ciągu dwudziestu minut nie oznacza, że ludzie myślą tak samo. Oznacza, że ktoś powiedział coś wystarczająco ogólnego, żeby nikt nie musiał się nie zgodzić. „Musimy być bardziej innowacyjni.” „AI to szansa, ale trzeba podejść do tego strategicznie.” Takie zdania mają zerową wartość decyzyjną, ale świetnie kończą spotkania.

Sam Kaner, badacz grupowych procesów podejmowania decyzji, opisał to zjawisko precyzyjnie. W każdej grupie, która musi podjąć wspólną decyzję, jest faza, której większość organizacji unika. Kaner nazwał ją groan zone — strefa dyskomfortu. To moment, kiedy już widać, że perspektywy są bardzo różne. Nic nie jest jasne, ludzie się frustrują, nikt nie widzi rozwiązania. I właśnie wtedy — w tym dyskomforcie — dzieje się prawdziwa praca intelektualna.

Większość ludzi skrzętnie ten moment omija. Ktoś proponuje kompromis, ktoś inny się wycofuje, szef zamyka dyskusję wnioskiem, który brzmi dobrze, ale niczego nie rozstrzyga. Organizacja ma „wspólny kierunek” — tylko że nikt nie wie, na co właściwie się zgodził.

Prowadziłem takie warsztaty przez lata. Czterdziestu, dwudziestu, dziesięciu uczestników. Różne tematy, w tym przebudowy organizacji, zmiany modelu operacyjnego, wdrożenia technologiczne. I jedyna rzecz, która naprawdę działała, to nie agenda, nie narzędzie do głosowania i nie prezentacja z matrycą priorytetów. Była nią umiejętność zatrzymania grupy w momencie, kiedy ta chciała uciec w zgodę — i utrzymania jej w strefie, gdzie odmienne perspektywy się zderzają.

To nie jest moderowanie. Moderator pilnuje, żeby rozmowa szła do przodu. Facylitator projektuje, żeby rozmowa doprowadziła do głębszego zrozumienia.

Przez jakiś czas myślałem, że ta umiejętność odchodzi do lamusa. W wielu organizacjach rzeczy dzieją się tak szybko, że nikt nie ma czasu na pogłębione zrozumienie. Kto dziś potrzebuje facylitatorów? Mamy Miro, mamy narzędzia do asynchronicznych decyzji, mamy AI, który podsumuje spotkanie w trzy minuty. Facylitacja wygląda jak kompetencja z poprzedniej epoki — trochę jak kaligraf w świecie druku. Doradzałem innym, jak przeprowadzać zmiany, a sam wydawałem się promować narzędzie, którego nikt już nie potrzebuje.

A potem zacząłem pracować z AI. Poczułem, że czegoś mi w tej pracy brakuje. Ja i maszyna, całkiem zgrana para, ale łatwo zapędzałem się w kozi róg.

Zamiast pytać jeden model o odpowiedź, zacząłem budować dyskusje między kilkoma perspektywami. Jak ekonomista, który widzi dwie strony bilansu. Strateg produktowy, który widzi ścieżki. Ktoś, kto zadaje niewygodne pytania o to, czego nie wiemy. Nie po to, żeby AI „rozwiązało problem”, ale żeby zobaczyć, co wyłania się ze zderzenia punktów widzenia.

I zobaczyłem dokładnie ten sam wzorzec.

Kiedy AI prowadzi dyskusję samo ze sobą, domyślnym trybem jest konwergencja. Perspektywy szybko się uśredniają. Napięcia znikają. Wynik brzmi rozsądnie, ale niczego nie rozstrzyga. Dokładnie jak te dwudziestominutowe konsensusy z sali konferencyjnej.

Co gorsza — większość systemów, w których kilka AI pracuje razem nad jednym problemem, jest zaprojektowana tak, żeby szybko dotrzeć do odpowiedzi. Szybko, gładko, bez tarcia. Tyle że tarcie jest tym, co produkuje myślenie. Bez niego dostajesz elegancko sformułowaną banalność.

Żeby dyskusja AI — tak jak dyskusja ludzka — dała coś wartościowego, potrzebuje facylitacji. Ktoś musi zaprojektować napięcie między perspektywami. Ktoś musi rozpoznać moment, kiedy dyskusja zmierza w stronę przedwczesnej zgody i ją zatrzymać. Ktoś musi zdecydować: ta perspektywa mówi za dużo — wycisz ją. Ta mówi za mało — wyciągnij ją na wierzch. Tamte dwie unikają konfrontacji — niech się zderzą.

To są takie same decyzje, jakie podejmowałem w trakcie warsztatów.

Nie twierdzę, że odkryłem coś rewolucyjnego. Raczej odwrotnie — zaskoczyło mnie, jak stara jest ta umiejętność i jak dokładnie pasuje do nowego kontekstu.

Projektowanie produktywnego sporu — nie kłótni, nie debaty, ale sporu, gdzie perspektywy odsłaniają swoje założenia — okazuje się kompetencją strukturalną. Nie miękką. Nie dodatkiem.

I tu jest ironia: przez ostatnie lata organizacje traktowały facylitację jak coś oczywistego. Każdy może poprowadzić spotkanie, prawda? Kupujemy Miro, robimy retro, mamy Scrum Mastera. Facylitacja stała się czymś, co „po prostu jest” — jak Wi-Fi w biurze.

AI właśnie przywróciło tę umiejętność do rangi strategicznej.

Bo okazuje się, że organizacje, które potrafią zaprojektować produktywny spór między ludźmi, potrafią to samo zrobić z AI. I odwrotnie: te, które nie umieją utrzymać ludzkiej grupy w strefie dyskomfortu, dostają od AI to samo, co od swoich spotkań — ładnie brzmiącą zgodę, za którą nie stoi żaden konkret, albo co gorsza - błędny kierunek.

Kiedy rozmawiam z liderami organizacji o kompetencjach przyszłości, zwykle słyszę o programowaniu, analizie danych, umiejętności pracy z AI. To ważne. Ale brakuje mi na tej liście jednej kompetencji — tej, która decyduje o tym, czy wielość perspektyw (ludzkich czy maszynowych) produkuje lepsze decyzje, czy tylko szybszy konsensus.

Facylitacja to nie jest kompetencja z przeszłości, która czasem jest jeszcze przydatna. To kompetencja, której znaczenie rośnie proporcjonalnie do liczby perspektyw, które organizacja musi skoordynować. Im więcej AI w procesach decyzyjnych, tym większa potrzeba kogoś, kto potrafi zaprojektować zderzenie i je utrzymać.

Nie mówię, że każdy menedżer powinien zostać facylitatorem. Mówię, że organizacje, które nie mają tej kompetencji — świadomej, celowej, projektowej — tracą dwukrotnie. Raz na spotkaniach, gdzie ludzie uciekają w zgodę. Drugi raz w systemach AI, które uciekają w uśrednione odpowiedzi.

Jeśli chcesz to sprawdzić to na następnym spotkaniu, kiedy w ciągu pierwszych piętnastu minut wyłoni się coś, co wygląda jak konsensus, zatrzymaj dyskusję. Zadaj jedno pytanie: „Czego jeszcze nie powiedzieliśmy?”

A potem wytrzymaj ciszę, która po nim nastąpi.


Piotr Kuczyński - autor artykułu

Piotr Kuczyński

Doradca ds. transformacji na styku decyzji produktowych i rzeczywistości organizacyjnej. Prowadzi praktykę doradczą Innomada

Więcej rozmów i artykułów

Poznaj inne historie liderów i praktyki nowoczesnych organizacji.

Przeglądaj artykuły i wywiady

Proszę podać imię i nazwisko.
Proszę podać prawidłowy adres e-mail.
Proszę napisać wiadomość.
Musisz wyrazić zgodę przed wysłaniem.


* Pola obowiązkowe